Nasza historia zaczyna się 8.09.2009, kiedy to na teście ciążowym ujrzałam dwie kreseczki. To był dla mnie ogromny szok, tym bardziej ze dopiero co skończyłam 17 lat! Mimo wszystko szybko zaczęłam się cieszyć tym, że zostanę mamą, a chłopak obiecał że będzie mnie wspierał jak tylko będzie mógł . Postanowiłam nie przerywać szkoły, byłam w drugiej klasie Liceum, załatwiłam nauczanie indywidualne i cieszyłam się spokojnie ciążą. Czas mijał, pierwsza wizyta u gin, Powiedzenie rodzicom, że zostaną dziadkami (z początku byli nieco zaskoczeni ;-) pozniej zaczeli żartować, że "może chłoponio będzie" ). pierwsze usg, kolejne... W 20 tc rozbolał mnie brzuch, trafiłam do szpitala z zagrożeniem poronienia, dostałam leki i nakaz kanapowego stylu życia. O rozwoju ciąży wiedziałam wszystko, potrafiłam z pamięci wyrecytować co się dzieje w danym tygodniu. Pamiętam jak często opowiadałam chłopakowi, że nasza dzidzia, to już ma rączki, nózki, a nawet paluszki! Chodziłam do szkoły rodzenia, by jak najlepiej przygotować się do porodu i bycia mamą. Coraz bardziej się niecierpliwiłam, odliczałam dni do terminu porodu.W 28 tc wybrałam się z mamą na USG, nie mogłam się na nie doczekać, gdyż nie znałam jeszcze płci maluszka. Jak pózniej krzykneła pani dr: dziewojka! ;-) Ale niestety, nie dało się nie zauważyć zaburzenia rytmu serduszka. Biło, biło i raz na jakiś czas wypadało z rytmu. Lekarz zasugerował, że to niedobor magnezu i potasu, kazał się nie martwić i wrocic za tydzien. Pamiętam jak płakałam tego dnia... Wszyscy zapewniali, że będzie dobrze, to tylko niedobór minerałów! Po tygodniu wróciłam do lekarza, zaburzenia rzeczywiście były mniejsze. Trochę się uspokoiłam, ale nie na długo.
1 kwietnia, 33 tc - PRIMA APRILIS, tego dnia każdy robi każdemu żarty, nabiera innych. Strasznie żałowałam, że to, co dowiedziałam się tamtego dnia nie było żartem. Był to też wielki czwartek przed wielkanocą. Niepokoiłam się serduszkiem córeczki, więc wspólnie z moimi rodzicami wybrałam się do najlepszego lekarza jakiego udało nam się znaleść do Łodzi. Była godzina 20.00, byliśmy sami na korytarzu, czekaliśmy aż nas wywołają. Nadeszła nasza kolej. Zaczełam tłumaczyć lekarzowi, nieco zdenerwowana. Pamiętam jak się uśmiechnął się, jak uspokoił, zaraz wszystko wyjaśnimy. Położyłam się na leżaczku. Lekarz zaczął jeździć swoim sprzętem, mina mu zrzędła. Powiedział, że najpierw sobie poogląda, a później zacznie tłumaczyć. Nigdy nie zapomnę jego słów: "Owszem, zaburzenia rytmu serca są, ale to nie jest problem tego dzieciaka. Głównym problemem tego dziecka jest rozległy rozszczep kręgosłupa". Zaczełam się trząść. Nie wiedziałam co powiedzieć. Zaczełam krzyczeć.Jak to?! Co to oznacza?! Urodzi pani upośledzone dziecko. Nie będzie chodzić, prawdopodobnie upośledzone umysłowo. Nie wiadomo. Krzyczałam głośniej, co to za choroba, na czyn polega?! Upadłam na podłogę. Mama próbowała mnie zbierać. Wybiegłam z gabinetu w histerii, przeraźliwie krzycząc i płacząc. Kucałam, łapałam sie za głowę. Wybiegła do mnie recepcjonistka, probowała coś mówić.. nie słyszałam jej... Tej nocy płakaliśmy z chłopakiem obydwoje...
Tydzień pozniej kolejne usg, może się pomylili? Dla mnie to kolejna trauma. Od tygodnia nic nie jadłam, patrzyłam się tylko w ściane i płakałam. Całymi dniami. Wtedy to trafiliśmy na TEGO lekarza. On nam pomoże, ma córkę w moim wieku, zrobi wszystko żeby było dobrze, że wie jak się musimy czuć okropnie. Zaufałam. To był mistrz w stawianiu mojego dziecka w czarnym świetle i odbieraniu wszelkich nadziei. Tak, chciał dobrze, ale nie dla mojej córeczki... Stwierdził, że przy tak rozległym rozszczepie nie ma szans na przeżycie dziecka. Tzn jeśli już to minimalne. Mówił, że neurochirurdzy będą mnie namawiać na cesarke- tak lepiej dla dziecka, rdzeń kręgowy nie uszkadza się bardziej- mam się BRON BOZE nie zgadzac, rodzic naturalnie! Żyłam wtedy w zupełnie innym świecie, nie wiedziałam co się dzieje, chciałam, żeby ten koszmar juz się skończył. I ufałam temu lekarzowi, w końcu to ponoć świetny specjalista z Matki Polki, tego bardzo dobrego szpitala... Do dziś żałuję, że nie skonsultowałam tego gdzie indziej. Ale czasu się już nie cofnie... Niestety... Oliwię urodziłam naturalnie, 21.04.2010 r. o godzinie 17.30. Dostała 5/7 pkt w skali Apgar i ważyła 2150 g. Nie pozwolono mi jej nawet zobaczyć po porodzie. Lekarz krzyczał zebym nie otwierała oczu. Słuchałam się go. Fakt, poród zapewnił mi super, zero bólu, 6 godzin czytałam książkę, bo mi się nudziło, ale co z tego...
Oliwka wcale nie miała ochoty na umieranie. Żyła i całkiem nieźle sobie radziła! Na drugi dzień poszłam ją zobaczyć. Zaczęły się namowy ze strony lekarza, żeby ja oddać do adopcji. Nie było takiej możliwośći! ZAKOCHAŁAM SIĘ w tej cudownej kruszynce, tych czarnych włoskach, tym zadartym nosku... Leżała popodłączana do aparatury i słodko spała. Nie mogłam się na nią napatrzeć, postanowiłam, że będę o nią WALCZYĆ! Kolejny dzień operacja zamknięcia przepukliny, zaczęły się bieganiny po lekarzach, w 50 dobie kolejna operacja wstawienia zastawki komorowo-otrzewnej. w 2 miesiącu życia córcia wyszła wreszcie do domku :) i rozpoczął się najpiękniejszy etap w moim życiu! Mimo intensywnej rehabilitacji, częstych wizyt lekarzy, Jestem najszczęśliwszą mamą na świecie! Kocham Olwusię całym sercem! W chwili obecnej Oli ma prawie roczek. Lekarze są zdumieni jej sprawnością. Ma bardzo rozległy rozszczep a mimo to radzi sobie wspaniale. Ma silne rączki, pełza po całym domu! Zaczyna mówić pierwsze słowka. Jestem z niej dumna. Mimo, że na chodzenie szanse są bardzo małe, dla mnie to nie jest ważne. Olwisia to normalna, słodka dziewczynka, jedynie nie rusza nóżkami! Nie jest ważne chodzenie, najważniejsze, by była mądrą dziewczynką, żyła otoczona miłośćią i ciepłem! By dobrze się rozwijała, by była szczęśliwym dzieckiem :) Ja zrobie wszystko w mojej mocy, by tak się właśnie stało...
Jeśli chodzi o mnie. Za moment zdaję maturę. Z ojcem Oliwki się rozstałam. Nie chcę o tym się rozpisywać, był po prostu niedojrzały do ojcostwa... Mamusia stara się dawac Oliwci miłości jak za dwoje :)


Wasza historia mnie urzekła... Jesteś bardzo dojrzała jak na nasz wiek, sama nie wiem jakbym sobie poradziła w takiej sytuacji, zwłaszcza że ojciec dziecka się ulotnił... Oliwka ma szczęście, że ma tak kochaną mamusię, pozdrawiam, będę wpadac. Wysłałam zaproszenie na maila :*
OdpowiedzUsuńWzruszyłam się czytając Waszą historię. Na prawdę Cię podziwiam, jesteś wspaniałą Mamą a Oliwka jest na pewno z Tobą bardzo szczęśliwa i widać, że od samego początku miała bardzo dużą wolę przeżycia !
OdpowiedzUsuńBędę wpadać na pewno, a jeśli chcesz odwiedzić mojego bloga ( podobnie jak Ty jestem młodą mamą 3 miesięcznego Dariuszka ) napisz na maila ania0240@wp.pl wtedy wyślę zaproszenie.
Było by mi bardzo miło jeśli zechciała byś nas odwiedzić :) Pozdrawiam
jesteś niezwykłą Osobą! podziwiam Twoją dojrzałość. zwłaszcza po tym, jak przed chwilą czytałam na blogach nastoletnich mam o tym, że straciły młodość, że zrujnowały sobie życie, itp... A Ty tak wspaniale stawiasz czoła chorobie swojej Córeczki. Oliwka nie mogła sobie wymarzyć wspanialszej Mamy!
OdpowiedzUsuń